Link :: 31.10.2008 :: 23:38
Stardust
Zlizuję z rąk ten ciepły wiatr, miękką środową bryzę od oceanu wzburzonych spraw, która owiała mnie tylko przez chwilę, ale zostawiła za sobą sól morza, gorący piach i mewy wpadające we mnie na przestrzał z wrzaskiem ukrytych sensów i fraz. Ścieram z palców ten pył - z ogonów komet - rozcieram go na sobie jak Małgorzata tuż przed lotem i całe usta mi się skrzą w ultrafiolecie małych wspomnień. Bo przecież te komety, nim spluły pyłem moje dłonie, przemierzyły sto światów i tysiące zdarzeń; i były kiedyś rękami podwładnymi ciału. Te dwa ogniste ptaki szykowały je rano, one je myły, czesały, wybierały ubranie i żegnały przed wyjściem czułym muśnięciem policzka, i przepalały je na wylot pragnieniem innych komet.
Gdy patrzę dobrze i z uwagą, to widzę wszystko, co widzieć bym chciała. Tylko czyj to jest płomień? Własny czy odbity jak w lustrze? Czy sekretnie wspólny?
Wciąż przemierzamy z sobą świat, a nie ruszamy się z miejsca. Ogień grzeje powietrze, a balon nie leci. I zostaniemy tak do końca? Królowie banału. Ćmy rozdęte jak żagle na masztach kandelabrów.
Skomentuj (0)
©2008 by Nakota. All rights reserved. Pic by Marcus J. Ranum.